Grabienie liści na leśnej działce /zaznacz jedną odpowiedź/
- absurd
- syzyfowe prace
- sport
Grabienie liści na leśnej działce /zaznacz jedną odpowiedź/
Zaległości ogromne jak góra lodowa o którą rozbił się Tytanic.
Nie, nie. Nie stoję romantycznie na dziobie w rytm piosnki Celinki. Wręcz przeciwnie: czuję że już nabieram wody bo rozbiłam się o 24. Godziny.
Nic to. Podtrzymajcie mnie na duchu i dam radę.
Króliki Elisy Tortonesi- Siess skończyłam w połowie sierpnia, zdjęcia nawet nie pomnę kiedy wykonałam. Żal tylko że na słońce nie trafiłam.
Wzór mnie zauroczył już dawno temu i bardzo pasował mi do niego naturalny len i jasna mulina. Ale nie chciałam znowu powtarzać kolorystyki samplera.
Zdecydowałam się zatem na muliny Niny i wspaniały len 40 ct.
Wyszywałam używając jednej nitki muliny, krzyżyki obejmowały dwie nitki tkaniny.
Niniejszym ogłaszam to co powtarzam już niejednokrotnie w mniejszym gronie: JEDNĄ NITKĄ MULINY WYSZYWA SIĘ BOSKO.
Życzę każdej hafciarce aby zaznała tego szczęścia.
Czego się nauczyłam: mulina miała zbyt duże kontrasty i dość długie przejścia kolorystyczne. Stąd króliki wyszły w paski. Następnym razem będę wycinać ciemniejsze lub jaśniejsze fragmenty aby zbalansować kolor i utrzymać jednolitą kolorystykę.
Na pewno wyszyję jeszcze jedno jajo. I znowu zrobię to cieniowanką, tylko mądrzej
Haft sobie poczeka na Wielkanoc 2012 z oprawą. Na razie idzie do szuflady.
Oł mam… ostatni post sprzed miesiąca. PKP (=Pięknie Kurde Pięknie). Nie żebym narzekała ale mam wrażenie że latałam na wysokości lamperii.
Po pierwsze: nie wszyscy mają świadomość że rusza znowu zabawa świąteczna: Świąteczny SAL.
Miałyśmy już dwie edycje:
W tym roku mamy już trzecią zabawę, a więcej szczegółów znajdziecie na blogu „Świąteczny SAL 2011„.
Tam też znajdziecie obrazki które w tym roku wygrały głosowanie i które będziemy razem tworzyć.
Mile zaskoczyła mnie liczba chętnych: zgłosiło się 100 Uczestniczek! Jeszcze do tej pory tyle nas nie wyszywało. Na pewno finalnie będziemy cieszyć się kilkudziesięcioma pracami! Zapraszam Was do motywowania Dziewczyn na blogu
Po za tym że górę czasu wieczorami zajęła mi obsługa zabawy to jeszcze intensywnie pracowałam przez trzy tygodnie z biura innego niż macierzyste warszawskie. Wyjazdy służbowe mają to do siebie że robi się na 100% ten temat który sprawia że jesteśmy właśnie poza biurem. Inne tematy (w moim przypadku 4 inne projekty) i dokumentologia musiały czekać na wczesne godziny poranne lub nocne. No a przecież jak się jest w ciekawym miejscu to wypadałoby jeszcze wyściubić nos poza biuro i hotel (to w soboty i niedziele między 4am a 6pm). Skutkiem czego sen stał na miejscu 4. Nie wspomnę o książce czy o robótkach.
Wróciłam szczęśliwie do domu w piątek w południe (16 godzin podróży) i pierwsze kroki z lotniska wprost skierowałam do fryzjera. Tąpnęło mną w podróży że jak nie pójdę do fryzjera natychmiast to JAK JA PÓJDĘ NA WESELE w sobotę???
Wesele się udało, potańczyliśmy do ostatniego kawałka. A dziś cudnie… Mam wagary
Wstałam po południu, śniadanko na mnie czekało, kolacyjka wyjściowa, pranie się robi, podłogi pomyte…
Jak ja się cieszę że jestem w domu!
Nawet dziś igłę do ręki wzięłam
I w całym tym szczęściu nie specjalnie mnie martwi że w piątek i sobotę i dziś nie poszłam do szkoły – po prostu doby już nie wydłużę.
A zdjęcia z ciekawych miejsc pokażę. Jak nauczę się je na .jpg przerabiać z głową
Jak obiecałam jest o dziergadełkach. Choć po prawdzie to nie o moich jeszcze ale o tym co będziemy dziergać razem w tym roku.
Bo będziemy prawda?
Do końca września wybieramy dwa wzory które będziemy wyszywać – do wyboru.
Oczywiście cynik ze mnie wyłazi okropny. Leniwie to było przez całe wakacje ze Znajomymi, przy grilach, kociołkach, babskich plotkach i innych atrakcjach.
Jak zwykle zabranie Mamy na działkę spowodowało silny przypływ mobilizacji w pracy nad urządzaniem ogrodu. Pani Matka mnie kiedyś zamorduje swoją energią. Jej najlepsze pomysły przychodzą w godzinach porannych. Na nieszczęście dla mnie dotarliśmy na miejsce właśnie w godzinach porannych.
Popatrzyła, pomyślała, pokręciła głową, przerozmawiałyśmy i już za godzinę pędziłyśmy po rośliny.
Na Panów nie było co liczyć. Szybko odpalili testowanie wyrobów lokalnych browarników. W końcu mają wakacje, czyż nie?
Nabytki to dwie cudnej urody sosny bośniackie Pinus heldreichii (podobno Satelite), trzy cyprysiki albo tuje (odmian nie zanotowano), trzy jałowce chińskie (odmiana Blaauw lub Shimpaku niestety nie podano w szkółce odmian
) i zwykły ordynarny świerk. Ale za to tak urodziwy i niedrogi że się skusiłyśmy.
Debatowałyśmy dłuuugo nad tym jakby je tu umieścić (a na cóż plan ogrodu? Phi! Żywioł to jest to!). Pani Matka nalatała się z sosnami i w końcu stanęło na zaznaczeniu łukiem ścieżki od bramy (jeszcze cały czas tymczasowej) w kierunku domu.
Już nie mogę się doczekać kiedy urosną ….
Przebudowałyśmy wrzosowisko założone dokładnie rok temu, bo trzeba było. Niestety wyleciała sosna Globosa Viridis zanabyta w zeszłym roku za ciężkie pieniądze (prawie dwie stówy!!!). Cała zżółkła i umarła. Jak ją wykopałam okazało się że nawet nie ukorzeniła się przez ten rok. Czyżby błąd w szkółce? Nie wiem. No bo aż trudno uwierzyć żeby sośnie w lesie było źle ….
A do tego po zimie wyleciały mi trawy, aż cztery sztuki w sumie.
Nic straconego. Posadziłam więcej wrzosów
Druga sosna wylądowała blisko brzegu rabaty. Kiedyś będzie dawała cień na ścieżkę i wejście na taras.
Świerk stanął koło bramy. Katować zdjęciem nie będę.
Piękne są wrzosy, prawda?
A na zakończenie pozdrawiam kwitnącym rododendronem. Zupełnie jak w zeszłym roku
Kończę przydługi post. Coś mi się zdaje że będę musiała sobie założyć osobny blog na ogródkowe przygody. Traktuję te wpisy jak dziennik i kalendarz. Często wracam i porównuję, sprawdzam daty i inne wpisy. I mieszam z robótkami.
Następnym razem będzie już o dziergadełkach.
Dawno nic nie pisałam o Novej. Bo i zacięłam się, szło bardzo powoli. Nasz zlot czarownic zaowocował jednak przełamaniem niemocy wszechrobótkowej. No i jaki wniosek? Zloty po prostu SĄ EFEKTYWNE!
Do tego stopnia że tydzień temu zrobiłam wycieczkę objazdową swojej niemobilnej pracy. Zabrałam ją na działkę i pracowałam dzielnie. A nawet zrobiłam Pani Novej sesję.
Znalazłam nawet niezwykłą jak dla mnie pozycję do pracy. Do tego stopnia dla mnie niespotykaną że aż musiałam ją utrwalić. I wiecie co??? Wygodnie mi było!
Poranna kawa musi być. Taką magiczną serwetą wita mnie i kawę poranek w kuchni…..
Kawa od razu smakuje bajkowo.
Miłego tygodnia!
czasami ma się szczęście spędzić w towarzystwie nie tylko swojego Osobistego.
Wyrwałyśmy ze stolicy w piątek popołudniem a wieczorem dopadłyśmy domku na Grabinie. Z góry upatrzone pozycje w okół wspólnego stołu, kolacja, pogawędki, radość nieschodząca z oblicza. W końcu po opróżnieniu ‘buteleczki’ wina obrałyśmy strategiczne miejscówki łóżkowe. Było późno
W sobotę Dziewczyny zajęły strategiczne miejsce robótkujące i przemeblowały mi chałupkę: kanapa wylądowała frontem do tarasu
a Jola i Madziula zyskały miejsca z widokiem na las.
Nie na długo. Zaraz dołączyła moja Mama i zaczęła się nauka robienia na drutach.
Choć Madziula nie planowała nauki drucenia to nie mogła się oprzeć trzem Gracjom i dołączyła.
Małe przemeblowanie i już Dziewczyny siedziały w zupełnie innej konfiguracji i dłubały pierwsze oczka. Cóż za skupienie!
A za chwilę!?!? Jest ! Wyszło!!! Miny już odzwierciedlają ten stan upojenia
Madziula i Aga trenowały.
Moja Mama robiła Himalayą Padisah, śliwkową. Do nocy zrobiła kilka powtórzeń schematu, o 1 w nocy spruła do zera i od 6 rano następnego dnia kontynuowała. Wiem z rozmów z Mamą że dzielnie walczy (aktualnie dwa tygodnie w Bieszczadach) i będę miała szal
Jola trochę pokombinowała ale wreszcie znalazła coś dla siebie. A konkretnie dla siebie i dla uwypuklenia pięknej włóczki z dzikich ostępów. Zresztą poczytajcie u Joli na blogu skąd włóczka przyjechała
Koniec świata!
Mama i Aga pojechały w niedzielę niestety
A my pełnie energii zrobiłyśmy kolejne przemeblowanie (i tym razem wpadłyśmy na fantastyczny pomysł użycia samowyzwalacza
)
Moje króliki dostały speeda i podgoniłam je. Również Madziula porzuciła druty na rzecz wieńca swego:
I tak w nastroju drutująco-krzyżykowym dotrwałyśmy do Kociołka. Jola dzielnie podniecała ogień, ja strugałam Joli kołki na głowie że wygasa i skutkiem tego jadłyśmy skwarki
Było pięknie: towarzystwo, robótki, rozmowy, gotowanie wspólne, wędrówki z fotelami w poszukiwaniu cienia bądź słońca – zależnie od potrzeb. Luz i spokój. Muzyczka w tle. Cisza w której było słychać tylko ptactwo i stukanie drutów. Skupienie na twarzach.
Tyle się działo że nie pamiętałyśmy nawet o robieniu zdjęć. Przecież jeszcze Aga wyszywała swój Golden Pavilion, pokazywała nam pięknego hardangera, Jola prezentowała sutaszowe dzieła i Szeherezadę którą rok wcześniej też na Grabinie dziergała, Madziula robiła koralikową bransoletkę, którą skończyła! A zdjęć większości brak!
To był niezapomniany weekend.
Dziewczyny Dziękuję Wam i cieszę się że mogłam Was gościć!
Do spotkania za rok!
Jola twierdzi że TO trzeba zobaczyć.
No to pokazuję. Nie będę się kłocić, nie?
Dziś krótkie nawiązanie do wizyty w Dubaju a przede wszystkim wizytancja w Dubai Mall która zaowocowała niespodziewanie oglądaniem jednego z największych akwariów świata (Dubai Aquarium, rekord księgi Guinessa w 2009r. ) .
Gdybym miała świadomość że w galerii jest akwarium nie wybrałabym się do niego celowo. Ponieważ przez galerię szliśmy do słynnych fontann, po drodze trafiłam w to niesamowite miejsce. Spędziłam tam około 3 godzin. I jak teraz czytam to co napisałam (z perspektywy kraju) to pewnie znowu uważałabym że ktoś kto tam był przesadza.
Niestety byłabym w błędzie.
Akwarium to niesamowita atrakcja!
Poza olbrzymią ilością płaszczek i innych rekinów białych i młotów poniżej te najbardziej znane potwory. Pływające nad moją głową.
Po akwarium oglądałam widowisko światła i dźwięku w fontannach zlokalizowanych pomiędzy Dubai Mall i Burj Dubaj (najwyższy budynek świata).
Dubai Fountain to miejsce w centrum miasta zbudowane absolutnie sztucznie w celu zabawy gawiedzi i bawienia tłumów przybywających na zakupy w Galerii. Ot, taka karuzela z konikami dla każdego. Niestety jakość ręczna gdyż filmy zostały zarejestrowane na mało profesjonalnym sprzęcie (aparat fotograficzny) o 22:30 i 23:00.
Pierwszy pokaz to Whitney Houston a drugi to lokalny, arabski kawałek.
Miłego oglądania!
No nie.
„Sklepik z Niespodzianką” nie powinien się skończyć jak się skończył.
To nie fair. Taka zagwozdka na koniec że o mało nie spadłam z krzesła.
A kolejny tom z serii dopiero na wiosnę 2012.
Nie zgadzam się, nie kupuję tego zakończenia.
Do Kejt M. (jeśli to kiedyś przeczyta)
Ale dlaczego Anna Potocka? I to w takiej chwili?
?????????????
Jestem Jednym Wielkim Znakiem Zapytania od dziś do następnego tomu. Chyba napiszę do Autorki i wydawcy żeby się trochę pospieszyli.
tylko jakoś czas mi się kurczy. Daleko mi do igły. Jak nie praca, to wyjazdy, przyjazdy i latanie. Po Nowym Roku będzie lepiej.
A tymczasem chwytam za książkę.
„Lato w Jagódce” łyknęłam w jeden weekend a teraz dopadłam „Rok w Poziomce”. „Teraz” to znaczy dziś przed południem.
Niestety skończyła się. Książka jest krótka. Za krótka. Spłakałam się, uśmiałam, wzruszyłam. Zrelaksowałam…
W tym tygodniu również skończyłam „Białą królową” Philippy Gregory. To już kolejna książka tej historyczki i specjalistki od czasów Anglii Tudorów. Polecam wszystkie książki! Traktują o kobietach twardych, zdecydowanych, ambitnych, wykazujących się niezwykłą intuicją i sprytem aby w czasach męskich rządów osiągać to co chcą.
A na tapecie zaraz będzie „Sklepik z Niespodzianką” również Kejt Em i „Czerwona królowa” Philippy Gregory. Tym razem o Małgorzacie Beaufort, przeciwniczce tytułowej Białej królowej. Ciekawa jestem jak z perspektywy twardej i zdesperowanej Małgorzaty wyglądały rządy Edwarda i Elżbiety Woodville.
I ot. Sobota dobiega końca.
Idę po herbatę i po książkę.
Pa!